bikeworld.pl /
Rowery holenderskie
16-10-2002 16-10-2002
Marcin Hyła (pl.rec.rowery)
 | Rowery holenderskieRower "holender" to nie rower "retro" tylko ponadczasowa esencja roweru jako takiego, wibracja wszelkich możliwych dobrych energii: piękna, prostoty, trwałosci, precyzji, harmonii i przemyslanych rozwiązan.

Anglicy mają ładne okreslenie na formę holendra ze względu na kształt kierownicy i geometrię - "sit up and beg", bo siedzisz na nim troche jakbys żebrał czy prosił, a trochę - jakbys medytował zawieszony w podstawowej formie tai-chi chuanu, która się nazywa "dzban" i która otwiera - jak wierzą Chinczycy - meridiany, tajemnicze kanały energetyczne ciała. Nie każdy rower to ma, oj nie każdy.

A mniej odlotowo: rower holenderski natychmiast poznajesz bo białym ok. 30 cm pasku na tylnym, masywnym błotniku, doskonale widocznym w nocy w swietle samochodowych reflektorów. Ten pasek mają wszystkie holendry bez względu na kolor fabryczny - własnie po to, żeby je było w nocy widać lepiej. Oczywiscie maja też czerwone swiatełka na błotniku i wielkie swiatło odblaskowe mocowane z tyłu niezwykle masywnego bagażnika, który często w Holandii służy do wożenia pasażera.

Każdy holender ma duże koła 28 cali, kontrę lub wewnętrzne przerzutki i bardzo charakterystyczną zamkniętą obudowę łańcucha - nie tylko po to, aby nogawki spodni od garnituru nie wciągało w łańcuch, ale też żeby łancuch nie był narażony na wpływy atmosferyczne. Wiele holendrów ma specjalne osłony z boków tylnego błotnika, żeby w szprychy koła nie wkręcał się długi płaszcz czy spódnica.

Przednie lampki holendrów są zazwyczaj srebrne, owalno-podłużne i zawsze mocowane do sterów _u góry_ tuż pod kierownicą, dzięki temu są widoczne z dalszej odległosci; wszystkie inne rowery mają lampki mocowane inaczej, niżej - tuż nad błotnikiem.

I wreszcie kierownica, którą trzyma się dokładnie inaczej, niż patykowatą poprzeczkę MTB czy trekinga: dłonie opierają się o nią równolegle do kierunku jazdy. Kierownica, stery, widelec, siodełko - wszystko wykonane jest do najmniejszego szczegółu z niebywałym pietyzmem i odwieczną funkcjonalną prostotą, widoczną spod nieodłącznej patyny czasu i odpowiedniego zużycia - niczym każdy najdrobniejszy sprzęt w klasztorze Zen.

W Holandii takich rowerów są miliony - idziesz ulicą w deszczu i patrzysz się na tysiące zaparkowanych i moknących w oczekiwaniu na własciciela, niektóre porzucone, z połamanymi kołami, inne z braku miejsca wcisnięte w jakis nieprawdopodobny zakamarek. I zastanawiasz się, jak ci własciciele tych rowerów potrafią rozpoznać swój - skoro one wszystkie są takie same. No własnie nie są - kazdy jest doskonale inny, jedyny w swoim rodzaju, ma duszę. Ale forma jest niezmienna :)

A ta doskonała forma holendra przenika rowerzystę i odmienia go wewnętrznie - jeździ się na rowerze holenderskim dostojnie, wyprostowanym, wręcz kontempluje jazdę kiwajac się na boki przy naciskaniu na pedały - nie ma mowy o nerwowosci i pospiechu "górala" i szosówki ani o zakompleksionej neurastenii "ukrainy" czy składaka.

W nocy rowerzysci na holendrach przemykaja ulicami Amsterdamu jak duchy, a może jak dżiny na latających nisko dywanach - bo często nie widac w ciemnosci czarnego roweru, tylko wysoko żarzącą się żółto żaróweczkę z przodu i czerwony niedopałek jakiejs wyciągniętej z przedwojennego lamusa czy pchlego targu lampki z tyłu. A miedzy nimi czasem widać głowę rowerzysty nienaturalnie wysoko, dwa metry nad ziemią, kiwającą się w takt tajemniczego, potępieńczego skrzypienia jakies rozregulowanej i żyjącej swoim własnym życiem wajchy czy przekrzywionego błotnika.

Często te duchy zjawiają się parami, a jesli zdarzy się, że suną drugą stroną amsterdamskiego kanału - widzisz też ich odbicie w wodzie między barkami i łódkami i czasem zastanawiasz się, czy jeden z tych rowerzystów rzeczywiscie wiezie pół fortepianu pod pachą, czy też wizyta w coffieshopie nie rozregulowała nieco twoich wewnętrznych przerzutek.

Kultura - bo jest to cała kultura, wręcz cywilizacja - roweru holenderskiego przeniknęła do bardzo niewielu krajow poza Niderlandami i w niewielu miejscach zagnieździła sie na dobre, ale wszędzie ma swoich wiernych wyznawców i praktyków. Wiele holendrów widuje się w Niemczech, ale gubią się tam wsród skundlałych przejawów niemieckiego poczucia estetyki. Niemieckie rowery sa przyciężkie, nieforemne, za małe albo za duże; choć równie solidne, jak holenderskie - niestety często są brzydko malowane przez producentów, na przykład w bezwstydny kolor herbaty bawarki.

Z kolei Duńczycy wykształcili swoją wysoką i odmienną kulturę rowerową, z charakterystyczną ramą z cienkich rurek (oraz arystokratycznego Pedersena), ale nie ma ona takiej siły przebicia, jak rowery holenderskie, chocby dlatego, że polega na zawodnych przerzutkach zewnętrznych i hamulcach szczękowych, rdzewiejących na deszczu. Duńczycy dla odmiany dali swiatu praktycznego Long Johna - jamnikopodobny rower towarowy, budzący zawsze zywą ciekawosc i pytania, jakim cudem ten pojazd w ogóle może jeździć i przewozić nawet sto kilo ładunku w wielkim wiklinowym koszu zawieszonym kilkanascie centymetrów nad ziemią miedzy kierownicą a przednim kołem.

Są jeszcze Szwajcarzy - tych charakteryzuje zupełnie nieziemski brak przywiązania do dóbr doczesnych: rowerów nie przywiązują do niczego i nawet na noc zostawiają na ulicy zapięte tylko na kluczyk. Rowery stoją nie w stojakach, tylko po prostu na jezdni na wydzielonych miejscach parkingowych zabranych samochodom - i czasem jak powieje mocniejszy wiatr albo ktos nieostrożnie potrąci jeden z nich, przewracają się z brzękiem jeden na drugi, jak kostki domina. Szwajcarskie rowery, podobne do duńskich i niemieckich poznać można po bardzo dobrym osprzęcie, a przede wszystkim po tabliczce rejestracyjnej na tylnym odblasku (tylko nuworyszowskie rowery kupowane w ostatnich latach jej nie mają) i podwójnej, motocyklowej nóżce umożliwiajacej takie nonszalanckie parkowanie, na które stać tylko mieszkańców najbogatszego kraju swiata.

Ale niech nikogo nie zmylą pozory - niech no ktos o czwartej rano spróbuje ukrasc taki stojacy na szwajcarskiej ulicy rower, dwudziestu sąsiadów zbudzi sie niechybnie, wystawi czujnie zaspaną głowę za okno, zadzwoni po policję i nieszczęsny zlodziej spedzi sporo czasu w najbardziej luksusowych aresztach swiata. A cała ta sprawa bedzie przed pół roku podstawowym tematem rozmów owych dwudziestu szwajcarskich sąsiadów, na codzień produkujacych drogie precyzyjne urządzenia albo mieszających skomplikowane odczynniki chemiczne i drogie lekarstwa czy liczących cyfry w wielkich bankach gdzie przelewają się fortuny możnych tego swiata.

A wracając do rowerów holenderskich - warto wiedzieć, ze rower holenderski, wspólnie ze swoimi angielskimi kuzynami i przodkami, dzis już nieprodukowanymi i dawno w Starym Swiecie zapomnianymi, potrafił dokonać tego, czego nie udało się armiom Dzyngis-Chana, Anglikom, Sowietom i US Army: podbił nie tyllko Indie, ale i Afganistan.

W tym ostatnim kraju w niewiele zmienionej formie jest wykorzystywany na codzień przez okrutnych Talibow, którzy nawet nie wiedzą, jakimi magicznymi pojazdami sie poruszają. Ale mimo to jakies pierwotne, nieuswiadomione do konca, pogańskie i grzeszne wobec Allaha przeczucie ich nie myli: dlatego zapewne zakazali swoim kobietom wsiadać na te rowery, bo mogłoby to oznaczać zgubę ich szalonego, pomylonego swiata.

Swiata, w którym burzy sie tysiacletnie posągi Buddów w Bamiyanie, gdzie publicznie niszczono magnetofony, zakazano bawić się dzieciom latawcami i hodować kanarki w klatkach, zbrojni w kałasznikowy, brodaci i dzicy synowie Allaha pedałują na miejscowych podróbkach holenderskich rowerów wykonywać publiczne egzekucje zgodnie z wyrokami Ministerstwa Cnoty i Występku Talibanu: http://www.ciriello.com/pix/46/460227.jpg

I to własnie ich zgubi: zamiast połamać te holenderskie rowery, spalić i zniszczyć jako dzieło występne jak latawiec i z gruntu szatańskie niczym magnetofon i kanarek w klatce (jakim cudem toto w ogóle jeździ, utrzymuje równowagę? Allah jest wielki...), Talibowie pozwalają, by moc holenderskiego roweru przenikała stopniowo najciemniejsze zakamarki ich posępnej duszy i kiedys niepostrzeżenie przywróciła karmiczną równowagę - szprychą w oko Mułły Omara i Osamy Bin Ladena.

Tytusie Atomicusie - jak sam widzisz, Romet Kowalewo firmowany przez Arkus to jednak nie jest do końca "rower holenderski".
Skomentuj


Dodaj do delicji Wrzua w Gwar Wykop to Wydrukuj ten artyku3 Polea znajomemu przesun na góre
bikeworld.pl /
bikeworld.pl /
Tytuł komentarza:


Twój komentarz:
Twój pseudonim:


Wpisz kod z obrazka:
kod
Klikajac Dodaj wyrażasz zgodę na opublikowanie Twojego adresu IP.
Dodaj Wyczysc
bikeworld.pl /











Skomentuj Redakcja nie ponosi odpowiedzialności za treść komentarzy.