

Ranek jak zwykle nadszedł niepostrzeżenie i bezlitośnie kopnął mnie w tyłek. Szósta trzydzieści. Za oknem ciemno, tylko niebo lekko pomarańczowe od świateł miasta odbitych od świeżo spadłego śniegu. Spojrzałem na termometr. Od wczorajszego wieczora nic się nie zmieniło. Wskazówka niewzruszenie pokazywała -3 C. Już miałem wracać do łóżka, gdy... przypomniałem sobie, że to już dziś: Pierwszy Ryś Kampinoski i związany z nim chrzest bojowy mojej nowej przełajówki....
Dwadzieścia minut później, dygocząc z zimna, jechałem już po zestalonym błocie podmiejskich uliczek w stronę najbliższego lasu. Chciałem wystartować na moim nowiutkim rowerze, a jak na razie nie miałem jeszcze okazji, żeby go choć trochę wypróbować.
32 milimetrowe, polskie opony o wdzięcznej nazwie Gronostaj i wysokim, klockowym bieżniku, chrobocząc rozkruszały tafle lodu na mijanych kałużach. Pomimo moich obaw rower okazał się nadzwyczaj stabilny i nie wpadał w poślizg. Wprawdzie wspornik kierownicy był nieco za długi, czym utrudniał manewrowanie, po kilku kilometrach przestałem to zauważać. Być może było tak dzięki wygodnej, trekkingowej ramie XTrans, która stała się ostatecznie kręgosłupem mojego roweru. Całości dopełniały baranek, sztyca z siodełkiem oraz tylna przerzutka i klamkomanetki Shimano Sora pochodzące z mojej szosówki. Z minuty na minutę nabierałem wprawy, klucząc coraz odważniej i z coraz większym zapamiętaniem po ośnieżonych, leśnych traktach. Podobało mi się!...
Nawet nie zauważyłem kiedy nad zlodowaciałym lasem zawisło nisko blade, żółtawe słońce. Pomyślałem, że pora wracać. Dokładnie w tym momencie poczułem jak coś chwyciło moje tylne koło. Sądząc, że to tylko mała gałązka, których pełno było tego dnia na ścieżkach, po szalejącej kilka dni wcześniej wichurze, mocniej nacisnąłem na pedały i ... o mało nie przeleciałem przez kierownicę. Odwróciłem się i poczułem jak mój żołądek zamienia się w śnieżną pigułę...
Tylna przerzutka wbita pomiędzy szprychy oraz sterczący z koła, na wpół zmielony przez zębatkę kij, mówiły: „Na tym rowerze dzisiaj nie wystartujesz”....
Doraźne prostowanie (o ile tak to można nazwać) haka przerzutki kosztowało 30 minut i skórę zdartą z rąk. Na szczęście dało się jechać, chociaż łańcuch latał po całym wielotrybie, niczym jedna moja znajoma pomiędzy półkami hipermarketu. Koło zostało mocno scentrowane, ale obyło się bez popuszczania linki hamulca. Spojrzałem na zegarek i zakląłem. Dziewiąta trzydzieści, a o 12.00 umówiłem się z kolegami na wyjazd na wyścig...
Potem to już tylko migawki. Rower do serwisu (przerzutka tak jak myślałem do wyrzucenia – wszystko pogięte). Biegiem do domu. Z domu do kwiaciarni, bo wieczorem przyjęcie u rodziny żony. Z kwiaciarni do rodziców po sanki dla dziecka. Z domu do teściów zawieźć coś tam na przyjęcie. Od teściów z powrotem do serwisu. A w serwisie...cud. Rower już czekał. Używane deore do MTB zastąpiło szosową sorę. Prezentując się i działając całkiem nieźle. Kamień spadł mi z serca. „Pojadę jednak dzisiaj na przełajówce” - pomyślałem. Ile sił popędziłem na umówione miejsce. Chłopaki oczywiście już czekali. Szybko załadowaliśmy rowery do samochodu i za pół godziny zameldowaliśmy się na starcie Kampinoskiego Rysia w Truskawiu...A swoją drogą, czy ja kiedyś zaznam tego co nazywa się porządkiem i równowagą dnia startowego?
Zgodnie z moimi oczekiwaniami, atak zimy zniechęcił wielu słabszych bikerów. Na starcie pojawili się tylko najtwardsi. Czajnik, współorganizator warszawskiej masy, którego trzeci krzyżyk uświetniał kampinoski Ryś, powitał nas ciepło. Dla mnie, Filipa, Inżyniera i Sebastiana ten wyścig też miał szczególne znaczenie. Po raz pierwszy startowaliśmy w barwach TCP, nowopowstałego towarzystwa pruszkowskich cyklistów. W moim plecaku czekała dla Czajnika nasza nowiutka klubowa naszywka...
Po zrzuceniu się na szprychówkę i nagrodę dla zwycięzcy otrzymaliśmy staranie przygotowany manifest. Wystarczył rzut oka, aby stwierdzić, że Ryś będzie czymś w rodzaju wyścigu na orientację i jedynie proste zadania na poszczególnych etapach będą przypominały o alleycatowych korzeniach. Wkrótce wszyscy zawodnicy ustawili się na starcie. Jeszcze tylko przypomnienie telefonów alarmowych i... poszli!
Jak zwykł podkreślać mój kolega Inżynier, w wyścigach na orientację najpiękniejsze jest to, że każdy wybiera swoją trasę przejazdu. Tym razem też tak było. Już na starcie peleton rozdzielił się na dwie grupy. Jedna pojechała w lewo, a druga w prawo. Ja i reszta TCP wybraliśmy kierunek na lewo. Punkt pierwszy: „Rozwidlenie dróg – Pociecha”.

Zaraz po starcie wyskoczyliśmy na asfalt. Tutaj nastąpiła pierwsza lekcja pokory. Na pokrytej wyślizganym lodem nawierzchni, cienkie opony mojej przełajówki radziły sobie znacznie gorzej niż okolcowane, szerokie traktory konkurencji. Z trudnością utrzymywałem się w grupie. Na szczęście wkrótce zjechaliśmy na szuter i tutaj od razu dostrzegłem zalety roweru o szosowym rodowodzie. Na zmarzniętej, oczyszczonej przez wiatr, ziemi stopniowo zacząłem nabierać prędkości. Wkrótce doszedłem, a następnie wyprzedziłem grupę. Czując na plecach oddech Sebastiana naciskałem coraz mocniej i z tego wszystkiego ... przegapiłem pierwszy checkpoint. Na szczęście dość szybko się zorientowałem, że coś jest nie tak. Niestety za późno, aby dołączyć do kilku zawodników odjeżdżających właśnie po zaliczeniu punktu kontrolnego...
Zdobyłem podpis na manifeście i skierowałem się do kolejnego punktu jakim był przystanek autobusowy w Sierakowie. Tym razem nie trzeba było zdobywać podpisów. Wystarczyło jedynie zapamiętać godzinę odjazdu pierwszego autobusu. Odcinek jaki był do pokonania znałem dobrze z Prologu Bike Maratonu jaki odbył się tutaj na wiosnę. Gdy część zawodników znikała mi już z pola widzenia, przypomniałem sobie, że równolegle do piaszczystej i pooranej koleinami drogi, w odległości ok. 20 metrów biegnie ukryta między drzewami równa, dobrze ubita ścieżka. Pomyślałem, że może dać mi szanse dogonienia grupy. Faktycznie, okazała się być idealna. Znowu przyśpieszyłem. Zza drzew wychyliło się na chwilę słońce. Igiełki szronu wirowały szaleńczo wokół mnie, a ja dostrzegłem wreszcie między drzewami plecy uciekających. Gdy wypadłem z lasu na asfalt moja strata wynosiła już tylko 50 metrów. Jeszcze minuta i jechałem na kole uciekinierów. Dotarliśmy razem do przystanku. Po sprawdzeniu czasu odjazdu jako pierwszy wskoczyłem na rower i ile sił popędziłem do kolejnego punktu, zajezdni w Hornówku. Czekało tam na nas tajemnicze zadanie polegające na znalezieniu numeru scorpiona...
Po minucie, gdy zorientowałem się, że ciągnę za sobą kilkuosobowy ogon, zwolniłem. Przez kilka minut jechaliśmy wszyscy zwartą grupą szacując nawzajem swoje możliwości. Pomyślałem, że wybrany przez nas kierunek pokonywania trasy nie był zbyt fortunny bo jechaliśmy pod wiatr uniemożliwiający rozpędzenie się powyżej 40 km/h. Grupa, która pojechała w przeciwnym kierunku miała większe szanse. Moje rozmyślania przerwała gwałtowna ucieczka zainicjowana przez dwóch zawodników. Natychmiast doceniłem sztywny widelec i wąskie opony przełajówki. Ucieczka po suchym asfalcie, na góralach nie mogła się udać. Bez problemu utrzymywałem się słabnącej dwójce na kole, aż wreszcie, wykorzystując nieuniknioną chwilę zwątpienia, wyszedłem na prowadzenie. Dołączył do mnie Sebastian i tak stopniowo zaczęliśmy oddalać się od reszty zawodników. Niestety wyścig na orientację to nie kryterium szosowe. Gdy skończyła się długa asfaltowa prosta zatrzymaliśmy się niepewni, w którą stronę jechać. Straciliśmy całą przewagę i chociaż do Hornówka wjeżdżałem jako pierwszy, zacząłem przypuszczać, że jak tak dalej pójdzie finisz będzie niestety „z peletonu”...
Okazało się, że ze znalezieniem numeru „Scorpiona” nie będzie żadnego problemu. Ogłoszenie agencji ochrony wyjątkowo rzucało się w oczy. Stojąc przed plakatem i próbując utrwalić sobie czterocyfrowy numer, zobaczyłem dyskretne znaki dawane mi przez Sebastiana. Miał rację. Trzeba spróbować uciec tej grupie. Wskoczyliśmy na rowery i popędziliśmy w stronę kolejnego punktu...
Pod kościołem w Lipkowie, jeden z organizatorów czekał już na nas ze stemplem. Byliśmy pierwsi. Szybko, szybko! Popędzaliśmy się nawzajem, bo już się pojawili następni zawodnicy. Przed nami był jeszcze tylko jeden punkt, a potem ile sił z powrotem do Truskawia. Wskoczyliśmy na rowery i pognaliśmy w kierunku Zaborowa. Czekało tam na nas ostatnie zadanie: sprawdzenie kolejności, w jakiej zostały namalowane szlaki na rozwidleniu dróg.

Jakieś 200 m. za jednym z zakrętów obejrzałem się za siebie. Nikogo. Oprócz Sebastiana. Trochę na wyczucie zjechaliśmy z asfaltowej drogi na niebieski szlak prowadzący mniej więcej w kierunku Truskawia. Kiedy po kilkuset metrach zaczęły nas ogarniać wątpliwości, czy aby wybraliśmy właściwą trasę, postanowiliśmy poradzić się mapy. Analizując potem przebieg wyścigu doszedłem do wniosku, że był to nasz największy błąd. Zatrzymując się, zaprzepaściliśmy bowiem jedyną realną szansę oderwania się od grupy. Wtedy jednak jeszcze o tym nie wiedziałem. Co gorsza, gdy wreszcie wygrzebałem mapę z plecaka, nie dość że doszła nas reszta grupy to z naprzeciwka, zaczęli nadjeżdżać zawodnicy, którzy wybrali alternatywny kierunek pokonywania trasy...
Wszyscy wskoczyli na rowery. Oprócz mnie, ma się rozumieć, bo musiałem schować mapę do plecaka. Nawet na nią nie spojrzałem. Kiedy wreszcie ruszyłem, czołówka chowała się już między drzewami. Nie zmartwiłem się tym, bo przełajówka spisywała się świetnie i nawet w głębszym śniegu otrzymywała zadane tempo. Zauważyłem też, że moja jazda w tym wyścigu przypomina ruch wahadła. Raz byłem na przedzie stawki, raz goniłem uciekająca czołówkę. Coś jakby jazda na rozciągliwej gumie. Miałem cichą nadzieję, że przy następnej okazji mojego prowadzenia guma rozciągnie się na tyle, że w końcu pęknie, a zostawiona w tyle grupa nigdy mnie nie dojdzie. Na razie jednak to ja goniłem i trzeba przyznać nie było to łatwe. Z obciążonych śniegiem gałęzi ciasno rosnących drzew, przy najmniejszym dotknięciu sypały się za kołnierz małe lawiny. Ścieżkę przegradzały powalone przez ostatnią wichurę pnie. Droga momentami robiła się piaszczysta i tam gdzie rower z szerokimi oponami rozpędem przejeżdżał, ja się zakopywałem. Na to wszystko nakładała się także, moja dość asekuracyjna jazda. Mimo czynionych wysiłków nie ufałem w pełni nowemu rowerowi. Na szczęście grupa znajdowała się cały czas w zasięgu mojego wzroku…
Zgodnie z oczekiwaniami, uciekających złapałem w miejscu przecięcia szlaku przez asfaltową szosę. Chwile niepewności pozostałych zawodników pozwoliły mi na wyciągnięcie wreszcie mapy i stwierdzenie, że cały czas powinniśmy jechać prosto niebieskim szlakiem. „Ech, gdybym wcześniej zbadał mapę to nie straciłbym kilku minut na szosie zastanawiając się, w którym kierunku jechać!” – pomyślałem....
Na niebieski szlak wjechałem jako pierwszy. Za mną, ma się rozumieć Sebastian, a tuż za nim Filip. Wąską zaśnieżoną ścieżką, poprzez wykroty, zwalone pnie, wiszące do ziemi gałęzie sypiące śniegiem prosto w oczy, łachy piasku i niewielkie pagórki, ciągnąłem za sobą cały peleton nie dając się jednak wyprzedzić. Tak dojechałem do Zaborowa...
Kiedy podjeżdżałem do rozwidlenia szlaków, ktoś krzyknął: „Na szosówce?! No, no gratuluję”. Chciałem zaprzeczyć, ale machnąłem ręką. W końcu, w tych warunkach, co za różnica? Szybko manifest do podpisu i zaczęło się spamiętywanie kolejności szlaków. Opornie mi to szło, więc poprosiłem o długopis. Kiedy skończyłem zapisywać pozostali zawodnicy byli…, a niech to, jak mogłem się tak zagapić!, dobre 300 metrów z przodu!
Goniłem! Naprawdę goniłem z całych sił, a grupka i tak cały czas zwiększała nade mną przewagę. W końcu, gdy po minięciu kolejnego zakrętu zobaczyłem tylko pustą drogę wiedziałem, że nić łącząca mnie dziś z czołówką pękła bezpowrotnie…

Na pół kilometra przed metą zobaczyłem Inżyniera stojącego na drodze i robiącego sobie najspokojniej w świecie zdjęcia. Tego już było za wiele. Wjeżdżając na metę czułem gorzki smak porażki, którego nie osłodziła nawet czekolada wręczana każdemu zawodnikowi na mecie przez zapobiegliwego Czajnika. Chociaż polepszyło mi się znacznie gdy ze szlaku wrócił Inżynier i powiedział, że po prostu zszedł z trasy przed Zaborowem i nie dokończył wyścigu, to jednak żal pozostał. Jeszcze długo wydawało mi się, że czuję pod palcami dotyk ciepłego, zimowego futra kampinoskiego rysia, który wymknął mi się z rąk...
A może to tylko wracało krążenie w zziębniętych dłoniach?
Podsumowanie.
Fantastyczna impreza, dla twardych ludzi. Doskonały pomysł połączenia rajdu na orientację z alleycatową przygodą. Ciężkie warunki nadały wyścigowi szczególnego smaczku. Mam nadzieję, że kolejne Rysie będą równie udane. Brawo Czajnik!
Co do przełajówki, jestem zachwycony. Nie tylko spełniła doskonale swoje zadanie, ale dostarczyła mi zupełnie nowych, niesamowitych wrażeń z jazdy. Niewątpliwie stanowi interesującą alternatywę dla klasycznego roweru górskiego. (Szczególnie w zimie, gdy wybierane do jazdy trasy są nieco łagodniejsze). Poprzez większe wymagania co do umiejętności kontroli trakcji przełajówka ćwiczy zmysł równowagi i precyzję prowadzenia roweru. Z drugiej strony w każdej chwili pozwala na siłowe „pociągnięcie z krzyża” niczym rasowa szosówka. No i ta zabawa.... Gorąco polecam…
Foto: Zdjęcia: Bogdan "Trawers", Inżynier